• Wpisów: 133
  • Średnio co: 28 dni
  • Ostatni wpis: 8 lat temu, 09:44
  • Licznik odwiedzin: 17 569 / 3855 dni
 
franceska
 
Franceska: kolejny trudny, traumatyczny i pełen cierpienia związek za mną. Jeżeli kiedyś bałam się stałych związków, zaangażowania i miłości, to teraz jestem przerażona.
Ciężko jest się odciąć od tego wszystkiego, szczególnie jeżeli człowiek tęskni, cierpi i płacze, a nie może tego po sobie pokazać.
Znoszę to jakoś spokojniej, co nie znaczy, że mniej boli. Myślę, ze po prostu dorosłam i zamiast nurzać się w cierpieniu zagryzam zęby i staram się zapomnieć. Choć boli tak samo. strasznie mnie ciągnie do alkoholu. ale jak na razie staram się to przezwyciężać, bo wiem, że to nie jest rozwiązanie.
Chyba najbardziej boli ta pustka, która nagle stworzyła się wokół mnie. Dla niego poświeciłam więcej, niż powinnam była, choć on tego nie chciał, nie oczekiwał. teraz pozostałam sama, z masa wolnego czasu i bardzo ograniczona liczba znajomych. bardzo boli również to, że przecież byliśmy dla siebie stworzeni, byłam jego ideałem, mieliśmy razem zamieszkać, a ja miałam być matka jego dzieci. i co? po prostu "nie wyszło"? jak to możliwe, kiedy kocha się kogoś bardziej niż można to sobie wyobrazić? Kiedy staje się ważniejszy od chleba czy powietrza...
nie wiem, jak mogłabym teraz komuś znów zaufać. bo nie wierze już w słowa "nigdy Cie nie przestane kochać, nigdy Cie nie zdradzę, nigdy Cie nie zostawię".
Nie wiem, o co chodzi w związku. myślałam że o miłość, o dbanie o siebie nawzajem, o poświecenie, zaufanie i dawanie drugiemu człowiekowi tego co najlepsze z samego siebie... myliłam się?dlaczego z miłości rodzi się ból tak straszny, ze człowiek chce sobie wyrwać serce, byle by tylko nie czuć?
bolą kolejne walentynki spędzone samotnie, choć przecież planowałam romantyczna kolacje przy świecach i seksowną bieliznę. myślę, ze i tak by nie docenił, ale jak to radość starać się dla niego...
i ta świadomość, że już nigdy... że już nigdy mnie nie pocałuje, nie dotknie, nie przytuli. nie odbierze w piątek o 18:40 (choć w ten piątek czekałam 10 minut, mimo iż wiedziałam, że nie przyjdzie...żałosne, czyż nie?), nie powie "pieprz mnie!" czy "kocham cie. jesteś moim ideałem na tle zielonego pieca...".
nie wiem, jak mam zamknąć ten rozdział. tak bardzo nie chciałabym go zamykać, ale decyzja została podjęta za mnie... taki już los porzuconych kobiet...

piosenka, której tekst śpiewałam mu do ucha... wiem, że jeszcze długo nie będę wstanie jej słuchać...



hej hej hej, tyś mój klej
superglue...
i love you...

Nie możesz dodać komentarza.

 
  • awatar
     
     
    gość
    nie bede pieprzyc ze czytam namietnie Twoj blog bo jestem tu przez przypadek ale ten komentarz musze walnąć gdyż wiem jak jest Ci ciezko. sama jestem w podobnej sytuacji "kobiety porzuconej" i wiem jak fajnie miec w kims wsparcie. wszyscy moi znajomi byli jego znajomymi a teraz zostałam sama. znosiłam wszytskie jego upokorzenia, wszytskie przeklenstwa, rozstawalismy się i wracaliśmy do siebie, on mnie wyrzucał, mowił zebym dala juz mu spokoj wiec powiedzialam dość i juz nie wróce ... ciezko jak cholera, jestem sama, czuje pustke i nie moge patrzec nawet na miska od niego bo ryczec mi sie chce ale wiem ze jeszcze kilka tygodni, bedzie wiosna i jakos naucze sie zyc na nowo... wierze ze i Tobie sie poszczesci i pamietaj zeby nie wracac do tej samej rzeki bo finał jest zawsze taki sam.... przynajmniej wg mnie. pozdrawiam serdecznie ... Paulina